Przejdź do głównej zawartości

Posty

Chemia, chemia i po chemii!

W poniedziałek obchodziłam małe święto. OSTATNIA chemia!!! Pamiętam doskonale kiedy z przejęciem pojawiłam się na pierwszej. Strach przed nieznanym, przed skutkami. Jakiś wewnętrzny bunt i nurtujące pytanie - czy to naprawdę konieczne. Wiadomo, chemia nie ma dobrej sławy. W internecie roi się od artykułów o jej szkodliwości. Dlatego ich nie czytam😊 Skoro poddałam się terapii unikam wszystkiego co poddaje w wątpliwość słuszność mojej decyzji.   Nie rozumiem artykułów, w których wypisuje się, że chemioterapia skraca życie pacjenta i wciska się statystyki o umieralności pacjentów, którzy się jej poddali. A ile przeżył by pacjent, który by jej nie przyjął? Ktoś jest w stanie to podać? Czytałam w pewnej książce, że tak naprawdę jesteśmy w stanie uleczyć się sami, ale też że jeśli na ból głowy bierzemy tabletkę i ona nam pomaga, to mamy je brać ( byle nie za często rzecz jasna)- pomoże nam BO W TO WIERZYMY. Myślę że podobnie jest z chemią. Pomoże tym, którzy wie...

Dzień Matki

Choć obchodziłam to święto nie po raz pierwszy (konkretnie po raz dziesiąty), tym razem ten dzień był dla mnie zupełnie inny. Przede wszystkim jestem wdzięczna, że mogłam je obchodzić.   Doskonale pamiętam moje myśli z dni kiedy postawiono diagnozę.... Jedna z pierwszych, której nigdy nie zapomnę to ta, że mam małe dzieci, że moja córcia w maju idzie do Pierwszej Komunii. Co to będzie? Miliony myśli, tych czarnych, przewijało się przez moją głowę. Na każdą z nich starałam się znaleźć trzy dobre.   Walka z chorobą to nie tylko operacja czy ciężka terapia. To przede wszystkim walka z umysłem, z myślami. To nastawienie się na pozytywne zakończenie leczenia i nieskończona wiara że się uda i inaczej być nie może.   I choć czasem nie jest łatwo, to warto, bo gra toczy się o wartość najwyższą- o życie.   Od postawienia diagnozy minęło 7 miesięcy. Moje życie przewróciło się do góry nogami po to by zacząć się na nowo. Jestem po trzech operacjach, tymczaso...

Cała prawda o Teściowej....

Każdy z nas wie ile zębów powinna mieć teściowa lub gdzie jest dla niej najlepsze miejsce. Dowcipów o teściowych można znaleźć w necie setki. Skąd się biorą? Często z życia…. Dlaczego jest to tak trudna relacja? Dlaczego wszędzie mowa o teściowych a teść to zwykle spoko gość? Czy aż tak głęboko mamy zakorzeniony stereotyp relacji między żoną a matką syna? Czy teściową w ogóle można lubić? Ja nie mam teściowej. Mam Mamę – a w sumie to dwie. Jedna wychowała mnie, druga mojego Męża. Uważam, że z teściową nie tylko można się lubić ale wręcz się z nią zaprzyjaźnić. I co więcej – warto. Mama mojego Męża jest częścią naszej rodziny. Jest obecna w codziennym życiu moim, mojego Męża i naszych Dzieci. Nie ma ustalonego limitu kontaktów z synem czy wnukami. Nie oburzam się kolejnym telefonem do mnie, do Męża czy wnuków. Zaangażowanie mojego Męża w relację z Mamą odbieram jako jego troskę i oznakę dobrego wychowania i szanuję ich wzajemną potrzebę kontaktu. Szanuję Mamę mojego Męż...

Droga Przyjaciółko...

Droga Przyjaciółko,  Kiedy dowiedziałam się o złośliwcu przeżyłam szok. Miliony myśli kłębiły się w mojej głowie. Prawdziwa bitwa myśli dobrych ze złymi. Każda wizyta w centrum onkologii, czekanie na badania, wyniki to kolejne kilogramy w dół. Owszem, marzyłam o zrzuceniu zbędnych kilogramów ale zdecydowanie miałam na myśli aktywność fizyczną a nie stres, który temu wszystkiemu towarzyszył.  Wiadomość o chorobie to szok nie tylko dla mnie. Z moją chorobą muszą się zmagać najbliżsi – mąż, rodzice, babcie, przyjaciele i znajomi. Nie wszyscy wiedzą jak się zachować, co powiedzieć. Część znajomych zwyczajnie urywa kontakt. Mimo wszystko mam nadzieję, że dlatego, że trudno jest im się przełamać i nie wiedzą co powiedzieć, a nie dlatego, że i tak za mną nie przepadali . Inni pytają wprost – czego oczekuję. To chyba najlepsza postawa z możliwych. Najbardziej nie lubię współczucia, przerażenia w głosie i lamentu. Nie lubię użalania się nad sobą i kiedy inni mówią mi ...

Złośliwiec

Złośliwiec nie pyta o wiek. O to, czy jesteś matką, czy karmiłaś piersią, czy dbasz o siebie i czy regularnie się badasz też nie. Złośliwiec nie boli i jest podstępny. Jak każdego roku wybrałam się na USG piersi do lekarza. Coś tam sobie wcześniej wymacałam podczas samokontroli, ale że wymacałam sobie „coś tam” już kilkukrotnie – co potem okazywało się „zmianą hormonalną” która pojawia się i znika w czasie cyklu, nie przewidywałam, że tym razem może być inaczej. Lekarz w czasie badania wydał się być zaniepokojony i lekko zdziwiony, że tego czegoś nie było podczas poprzedniego badania. Nie wytrzymałam i zapytałam wprost – czy jego zdaniem to nowotwór. Zamurowało mnie, kiedy twierdząco pokiwał głową. Ale po chwili dodał: proszę się tak nie przejmować, to jest jak GRYPA. Musimy tylko to zbadać, żeby wiedzieć jak leczyć. Z moją „grypą” skierowano mnie do Centrum Onkologii. Zostałam poddana wielu badaniom – prześwietlenie, biopsja, mammografia, ponowne USG. Żeby było zabawnie...